Za siedmioma górami, za siedmioma lasami, w odległej, aczkolwiek pięknej, uroczej krainie zwanej Seaford, żyli sobie król i królowa. Para była młoda i piękna. Darzyła się nawzajem ogromną miłością, której owocem był uroczy chłopiec imieniem Jack. Mijały lata. Chłopczyk rósł, otoczony szczęściem i miłością rodzinną, z dnia na dzień stając się piękniejszym niż kwiat róży. Ciemne, kasztanowe włosy delikatnie opadało na idealnie proporcjonalną twarz, a rozwiana grzywka przykrywała niewysokie wówczas czoło. Całości dopełniały śliczne, odziedziczone po matce oczy w odcieniu mlecznej czekolady, okolone gęstymi, czarnymi jak smoła, długimi rzęsami, dodając umięśnionemu szesnastolatkowi uroku. Czas sprawił, iż młody, rządny przygód książę, stał się ulubieńcem poddanych, którzy czcili go i szanowali jak bóstwo potężne i dobre. Mijały lata. Król i królowa starzeli się z każdym dniem, a siły przydatne do władania krainą, stopniowo zanikały. Pewnego słonecznego dnia, król Filip, ojciec siedemnastoletniego Jack'a, postanowił wydać huczną ucztę, na której nie zabrakło ludzi ważnych i mniej ważnych, poddanych oraz zaufanych przyjaciół.
- Zebraliśmy się tu, gdyż pragnę ogłosić swoją abdykację. - odparł melancholijnym głosem król. Zapadła cisza. Goście struchleli, nie śmiąc wydobyć z siebie najmniejszego dźwięku. Szmer oddechowy zamilkł, a oczy nie ważyły się mrugnąć ni razu.
- Królu! Ale jak to! - oburzył się Teodor, najlepszy przyjaciel ojca młodego księcia.
- Pozwól mi dokończyć. - uciął król. - Mimo mojej abdykacji, nie zostawiam was samych. Pierwotnym dziedzicem tronu zostaje mój pierworodny syn Jack. - dodał mężczyzna, przeczesując gęste, ciemne włosy. Zapanowała wrzawa. Tryskający energią poddani, niemal natychmiast zabrali się do świętowania, polewając wino do kieliszków, umilając sobie czas kosztowaniem indyczego udka.
- To nie wszystko! - huknął król, uderzając ręką w stół, czym ponownie wywołał nieprzeniknioną ciszę. - Jack musi poślubić piękną królewnę, by móc objąć władzę. - sprostował Filip, przygaszając gorący entuzjazm, który objawił się wśród poddanych.
- Kim jest ta szczęściara? - zapytał Teodor, jako pierwszy zabierając głos.
- To jedna z sióstr Crawford, jednak to Jack podejmie ostateczną decyzję, którą kobietę wybierze. - wyjaśnił król, gestem wskazując na towarzyszącego u jego boku syna.
- Oczywiście. - mruknął pod nosem Teodor. Uczta dobiegała końca. Goście rozeszli się do swoich posiadłości. W ogromnej sali pozostała już tylko królewska rodzina, Filip, Aurora oraz siedemnastoletni Jack.
TYMCZASEM W KRÓLESTWIE CRAWFORD' ÓW:
- Wyjeżdżamy! Lindsay, kochanie pakuj się
- wrzeszczała Amanda, stawiając na nogi cały dwór. Jasnowłosa kobieta z hukiem biegała po zamku, poszukując walizek, do których jej córka Lindsay miała spakować wszystkie, niezbędne rzeczy, składające się z landrynkowych, różowych sukienek, sięgających kostek, wysokich szpilek oraz tony kosmetyków. - Mamo! Jeszcze to! - pisnęła tleniona blondynka, wskazując na kilkanaście nowych strojów. Na zamku panował prawdziwy chaos.Dlaczego? Otóż, kilka dni temu, młoda wdowa wraz z córką Lindsay oraz pasierbicą Kimberly, otrzymała listowny nakaz stawienia się w królestwie Brewer'ów wraz z córkami, gdyż książę Jack z pośród jednej z pięknych dam, miał wybrać żonę. Królestwo Seaford słynęło z kosztownych kopalni diamentów, opływało w złoto i srebro, toteż Amanda nie mogła przepuścić tak doskonałej okazji, jednak na drodze została jej tylko jedna przeszkoda. Kim. Blondynka przewyższała Lindsay nie tylko urodą, lecz także dobrym sercem, poczuciem humoru oraz niezliczoną ilością talentów. Piękna Kimberly grywała na harfie, fortepianie, gitarze, pięknie tańczyła i śpiewała niczym Anioł zesłany z samych Niebios. Lindsay, w przeciwieństwie do przyrodniej siostry nie posiadała talentu muzycznego. Jedyne, co potrafiła zrobić, to perfekcyjnie nałożyć tapetę na twarz, używając obszernego zestawu. Na domiar wszystkiego, po otruciu Arnolda, ojca siedemnastoletniej Kimberly, wszystko znacznie się skomplikowało. Wprawdzie Lindsay została ogłoszona księżniczką, jednak ku zdziwieniu wszystkich, ojciec Kimberly pozostawił testament, którego treść jednoznacznie wskazuje na to, iż to Kimberly jest prawowitą następczynią tronu, jednakże obejmie władzę dopiero wówczas, gdy stanie na ślubnym kobiercu z mężczyzną, w którego żyłach płynie błękitna krew. Amanda nie mogła na to pozwolić, nie teraz, gdy natrafiła się ogromna szansa, by to jej ukochana, rozpieszczona córeczka przejęła władzę.
- Macocho, czy ja też mogę pojechać? - zapytała Kimberly, napotykając mknącą korytarzem Amandę...